środa, 27 lutego 2013

Co robi się po rozwodzie

 (...). Rzecz jasna, gdyby wierzyć wszystkim folderom reklamowym, James Joyce mieszkał wszędzie w Dublinie. Plotka głosi, że Ulissesa pisał nawet w Burger Kingu na O'Connell Street.
 (...). Opracowałem strategię pozwalającą mi odwiedzać dziennie co najmniej sześć pubów, co oznaczało, że już około roku 3017 miałbym zaliczone wszystkie puby w Dublinie.
 (...) jest takie stare irlandzkie słowo, używane prawie bez przerwy przez starych Irlandczyków: craic. Wymawiane tak samo jak "crack", należy do słów co prawda pozbawionych konkretnego znaczenia, za to chętnie przez wszystkich tłumaczonych. Najogólniej oznacza ono "zabawę", ale nie taką, która polega na grze w piłkę z siostrzeńcem, tylko taką, jaką masz nad ranem, kiedy z przepicia ledwo stoisz na nogach, a ktoś proponuje, żeby wyjść na ulicę i zorganizować zawody w rzucaniu nożem, zaś wszyscy oczywiście uznają to za rewelacyjny pomysł. (...). Pewnego razu udało mi się wbić nóż do steków w lewe przedramię Colina - ostrze weszło na jakieś półtora centymetra - a jego ubawiło to jeszcze bardziej niż mnie!
 (...) Zmierzamy w kierunku wyjątkowo skomplikowanej i mocno teoretycznej dyskusji z dziedziny matematyki abstrakcyjnej. Dla mnie to po prostu "matematyka Las Vegas". (...). Powiedzmy, że przyjechałeś do Vegas z trzema tysiącami dolarów w kieszeni. Przegrałeś wszystko, po czym wziąłeś jeszcze tysiąc, zadłużając się na jednej ze swoich kart kredytowych. Z tego straciłeś osiemset pięćdziesiąt. Pewnie przegrałbyś również pozostałe sto pięćdziesiąt, gdyby nie to, że twoi przyjaciele siłą wypchnęli cię z kasyna, bo inaczej spóźniłbyś się na samolot. Zgodnie z matematyką konwencjonalną  straciłeś w sumie trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt dolarów (plus odsetki ściągnięte przez tych cholernych krwiopijców z banku).
 Według matematyki Las Vegas liczby wyglądają zupełnie inaczej. Owszem, nadal jesteś do tylu trzy tysiące osiemset pięćdziesiąt dolarów, ale za to jak się bawiłeś! Dostałeś darmowy bilet na spektakl O? Dostałeś. Niezły był, prawda? A te steki na kolację we wtorek? Niesamowite! Potem skułeś się z kolesiami i Josh próbował przeskoczyć przez kanał w kasynie Venetian. To było niewiarygodne! A ta nieziemska laska, która złapała cię za tyłek, kiedy poprosiłeś, żeby chuchnęła ci na szczęście w kości? Ile TO było warte? Nie wiesz? To ci powiem: dwanaście tysięcy dolarów. Serio. (...) dzięki podróży do Las Vegas zarobiłeś na czysto osiem tysięcy sto pięćdziesiąt dolarów. Gratulacje!
 (...) Bogowie chyba postanowili sobie ze mnie zakpić. Za moimi plecami trwał pokaz hedonistycznych rozkoszy, o jakich do tej pory nie miałem nawet pojęcia. (...). Mój umysł wiedział, że najbliższe godziny będą wprost niesamowite. (...). Moje serce nie było w nastroju do negocjacji. Do tej pory zawsze mogłem liczyć na mózg, że w razie potrzeby wstanie i kopnie serce w dupę. W moim dawnym życiu to mózg był panem. (...). Przypuszczałem, że również tym razem mózg skopie sercu tyłek, ale ale zdaje się, że podczas moich podróży serce regularnie pakowało, albo może mózg osłabł (...). Zanim się zorientowałem, w czym rzecz, serce zawładnęło moimi stopami i nagle stopy, serce i cała reszta mnie popędziła ku burcie.
 - Co jest, Bobby? - usłyszałem zdumiony głos Petera, a chwilę potem byłem już w wodzie.
 (...).
 - Człowieku, co ci odbiło?
 Obejrzałem się, wciąż pracując ramionami.
 - Przepraszam, ale muszę się z kimś zobaczyć. Cześć!
 (...). To by chyba było już wszystko. Jeśli o mnie chodzi, to... hm... kręcę się pogodnie na ruletce życia, obijam się o różne liczby i nie mam bladego pojęcia, gdzie wyląduję, ale wszędzie mi się podoba. Alicja jest ze mną na zawsze (odpukać!), życie jest piękne. Moja była żona? Życzę jej wszystkiego najlepszego. Mam nadzieję, że nie weźmie mi za złe tej książki. Bóg jeden wie, jak byłbym wkurzony, gdyby napisała swoją.

 - Pij, graj, używaj; Andrew Gottlieb

piątek, 15 lutego 2013

Humor alkoholowy

 Czekałem, aż koniak zacznie działać. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem. Kaczmar sięgnął po jeden z kanistrów z sokiem i sam podniósł go do ust. Zabulgotało.
 - Witaminy - uśmiechnął się do mnie z ironią. - I minerały.
 Postawiłem koniak na podłodze w zasięgu jego ręki. Udał, że nie widzi. Odstawił sok, wykonał kilka żałosnych ruchów ramionami , dając mi do zrozumienia, że nabiera ochoty do życia.
 (...)
 - Wyjeżdżamy - powiedziałem pogodnie. - Wyprasza nas.
 - Przeze mnie? - nie wydawał się zbyt poruszony.
 - Chyba przez nas obu.
 - No to nie ma czego żałować - powiedział rzucając okiem na wypchaną kieszeń mojej marynarki.
 (...)
 - Słuchaj, Jacek... - zacząłem.
 - Skończyło się! - oznajmił podnosząc w górę butelkę i patrząc na mnie z trwogą. - Co teraz zrobimy?
 - Chciałbym, żebyś mnie posłuchał.
 - Posłucham, czego chcesz, po to tu jestem. Mamy całą noc, powiedzmy - pół nocy. Nie idziemy jutro do pracy. Nie mamy żadnych planów. Jesteśmy wolni. Ale musimy mieć coś do picia.
 (...)
 - Ale pijanych Pan Bóg strzeże. - odparł z uśmiechem.
 - Ale potem będziesz słuchał? Nie urżniesz się?
 - Urżnę się, ale przedtem będę słuchał. Zresztą musimy mieć coś na śniadanie, bo będzie nami telepało.
 Byłem tym odpowiedzialnym i mądrzejszym. Byłem też złym duchem sprawdzającym granice ludzkiej wytrzymałości. Wstałem.

 - Autoportret z kanalią; Jacek Kaczmarski

niedziela, 3 lutego 2013

Hierarchia wartości poszukiwacza przygód

 Wkrótce jednak Bilbo przekonał się, że stracił coś więcej niż łyżki - a mianowicie dobrą reputację. Co prawda na zawsze już pozostał przyjacielem elfów, cieszył się też szacunkiem krasnoludów, czarodziejów i podobnych wędrowców, przestał jednak być szanowanym hobbitem. Sąsiedzi powszechnie uważali go za dziwaka - wszyscy oprócz jego siostrzenic i siostrzeńców ze strony Tuków, a nawet tych starszyzna rodu starała się zniechęcić do bliższych kontaktów z wujem.
 Przykro mi to rzec, ale Bilbo zupełnie się tym nie przejmował.

 - Hobbit, albo tam i z powrotem; J.R.R. Tolkien