Czekałem, aż koniak zacznie działać. Nastąpiło to szybciej niż się spodziewałem. Kaczmar sięgnął po jeden z kanistrów z sokiem i sam podniósł go do ust. Zabulgotało.
- Witaminy - uśmiechnął się do mnie z ironią. - I minerały.
Postawiłem koniak na podłodze w zasięgu jego ręki. Udał, że nie widzi. Odstawił sok, wykonał kilka żałosnych ruchów ramionami , dając mi do zrozumienia, że nabiera ochoty do życia.
(...)
- Wyjeżdżamy - powiedziałem pogodnie. - Wyprasza nas.
- Przeze mnie? - nie wydawał się zbyt poruszony.
- Chyba przez nas obu.
- No to nie ma czego żałować - powiedział rzucając okiem na wypchaną kieszeń mojej marynarki.
(...)
- Słuchaj, Jacek... - zacząłem.
- Skończyło się! - oznajmił podnosząc w górę butelkę i patrząc na mnie z trwogą. - Co teraz zrobimy?
- Chciałbym, żebyś mnie posłuchał.
- Posłucham, czego chcesz, po to tu jestem. Mamy całą noc, powiedzmy - pół nocy. Nie idziemy jutro do pracy. Nie mamy żadnych planów. Jesteśmy wolni. Ale musimy mieć coś do picia.
(...)
- Ale pijanych Pan Bóg strzeże. - odparł z uśmiechem.
- Ale potem będziesz słuchał? Nie urżniesz się?
- Urżnę się, ale przedtem będę słuchał. Zresztą musimy mieć coś na śniadanie, bo będzie nami telepało.
Byłem tym odpowiedzialnym i mądrzejszym. Byłem też złym duchem sprawdzającym granice ludzkiej wytrzymałości. Wstałem.
- Autoportret z kanalią; Jacek Kaczmarski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz